Waldemar Smaszcz
"Między insze, jeden z wiela, policzony"

"Treny" Jana Kochanowskiego, jedno z arcydzieł poezji renesansowej, należą do utworów, które wszyscy znamy. Wielki poeta zawarł w tym lirycznym cyklu najpowszechniejsze ludzkie cierpienie - żal ojca po stracie ukochanego, maleńkiego dziecka. Ta oczywista i na wskroś zrozumiała formuła nie wyczerpuje jednak istoty "Trenów", odczytywanych wciąż na nowo przez kolejne epoki. Gdyby tak było, bez trudu potrafilibyśmy wymienić jeszcze co najmniej kilka podobnych zapisów, w jakiejś mierze nawet nam bliższych, bo powstałych w ostatnich dziesięcioleciach.

Zdaniem wybitnych badaczy renesansu i samej twórczości Kochanowskiego, "Treny", poza czytelnym wątkiem osobistym, były "poematem o wielkim kryzysie światopoglądowym doświadczonego najcięższym nieszczęściem człowieka doby renesansu - myśliciela, poety, twórcy". Epoka ta - jak wiadomo - stanowiła niezwykle ważną cezurę w kulturze i duchowości europejskiej. Po trwających niemal tysiąc lat wiekach średnich, które ukształtowały chrześcijańskie oblicze naszego kontynentu, odkrywano na nowo starożytność grecką i rzymską, a wraz z nią doczesny horyzont myśli człowieczej. W następnych epokach zmitologizowano wręcz tamte czasy, widząc w nich przede wszystkim zanurzenie się człowieka w tym, co ziemskie. Powtarzano do znudzenia maksymę Terencjusza: "Jestem człowiekiem i nic ludzkiego nie jest mi obce". Bardzo rzadko dodawano zaś, że już wówczas dokonano jej swoistej reinterpretacji, jak to uczynił choćby Giannozzo Monetti: "Myślę zatem [skoro nic nie jest mi obce - W.S.], że cierpienie, które ma we mnie siedzibę, przypisać należy nie tyle mojej lekkomyślności, co mojemu człowieczeństwu."

Prawda o człowieku nie ogranicza się jedynie do jego sukcesów życiowych, dobrego zdrowia i radości z obcowania z najbliższymi i przyjaciółmi. Kochając, musimy lękać się o tych, których darzymy naszym uczuciem, a nierzadko cierpimy z powodu ich utraty. Tylko pewna siebie zdobywcza młodość wydaje się nie dostrzegać zmienności losu, przyjmując dobre jego zrządzenia jak coś, co się człowiekowi po prostu należy.

Jan Kochanowski, który w omawianej tu pieśni "Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary?" wielbił Boga za wszystkie łaski spływające na świat i człowieka, zakończył swój utwór słowami: "Twoja łaska, Twa dobroć nigdy nie ustanie. / Chowaj nas, póki raczysz na tej niskiej ziemi; / Jedno zawżdy niech będziem pod skrzydłami Twemi!"; wydawał się w ogóle nie zakładać, że może być inaczej. Ale już w "Modlitwie o deszcz", nadal nazywając Boga "Wszego dobrego Dawcą i Szfarzem wiecznym", pisał:

Tobie ziemia, spalona przez ogień słoneczny,

Modli się dżdża i smutne zioła pochylone,

I nadzieja oraczów, zboża upragnione.

Ściśni wilgotne chmury świętą ręką swoją,

A ony suchą ziemię i drzewa napoją

Ogniem zjęte; o, który z suchej skały zdroje

Niesłychane pobudzasz, okaż dary swoje!

(...)

Kiedy Ty chcesz, wszytek świat powodzią zatonie,

A kiedy chcesz, od ognia jako piórko wspłonie.

Jednak nawet w tej modlitwie łatwiej przychodziło poecie mówić o zagładzie całego świata, niż własnym, bardziej przecież realnym nieszczęściu. A musiał przecież czytać choćby te słowa wielkiego Franceska Petrarki:

Rozumie! Ty znasz sens świata całego,

A własnych cierpień czyś przeczuł przyczynę?

Z tym większym wyrzutem po przeżytej tragedii obrócił się przeciwko tak cenionej mądrości, która nie uchroniła go przed nieludzkim wręcz cierpieniem. Z gorzką ironią, nieczęsto obecną w jego klasycznych wierszach, pisał w "Trenie IX":

Kupić by cię, Mądrości, za drogie pieniądze!

Która, jesli prawdziwie mienią, wszytkie żądze,

Wszytki ludzkie frasunki umiesz wykorzenić,

A człowieka tylko nie w anioła odmienić,

Który nie wie, co boleść, frasunku nie czuje,

Złym przygodom nie podległ, strachom nie hołduje.

Ty wszytki rzeczy ludzkie masz za fraszkę sobie,

Jednaką myśl tak w szczęściu, jako i w żałobie

Zawżdy niesiesz. Ty śmierci namniej się nie boisz,

Bezpieczna, nieodmienna, niepożyta stoisz.

Kończy zaś poeta ten swoisty rozrachunek już bardzo serio, jak człowiek przywalony nieszczęściem, spod którego nie może się podźwignąć:

Nieszczęśliwy ja człowiek, którym lata swoje

Na tym strawił, żebych był ujźrzał progi twoje!

Terazem nagle z stopniów ostatnich zrzucony

I między insze, jeden z wiela, policzony.

Na nic się zdały przymioty, które wyniosły czarnoleskiego poetę ponad innych - nauka, talent, ogromna praca, uznanie przez najpierwszych tego świata. Wobec śmierci ukochanego dziecka stał się tylko jednym z wielu rozpaczających ojców, policzony - powtórzmy - "między insze". Nie podjął więc kolejnej próby wdrapania się na stopnie Mądrości, z których został zrzucony, ale zwrócił się do Boga z pełnym pokory wyznaniem, prostymi słowami przypominającymi średniowieczne pieśni:

Pańska ręka mię dotknęła,

Wszytkę mi radość odjęła:

Ledwie w sobie czuję duszę

I tę podobno dać muszę.

Lubo wstając gore jaśnie,

Lubo padnąc słońce gaśnie,

Mnie jednako serce boli

A nigdy się nie utoli.

Oczu nigdy nie osuszę -

I tak wiecznie płakać muszę!

Muszę płakać! - O mój Boże,

Kto się przed Tobą skryć może?

Zamykające ten fragment pytanie ma, oczywiście, charakter retoryczny. A przecież poeta mnoży odpowiedzi, także stylizowane na proste ludowe piosenki: "Próżno morzem nie pływamy, / Próżno w bitwach nie bywamy: / Ugodzi nieszczęście wszędzie, / Choć podobieństwa nie będzie." I dopiero w tym momencie autor jakby przypomniał sobie cytowane tu wyznanie Petrarki:

A rozum, który w swobodzie

Umiał mówić o przygodzie,

Dziś ledwie sam wie o sobie:

Tak mię podparł w mej chorobie.

(...)

Próżne to ludzkie wywody,

Żeby szkodą nie zwać szkody;

A kto się w nieszczęściu śmieje,

Ja bych tak rzekł, że szaleje.

Nie w oparciu więc o zawodną, wyrozumowaną Mądrość, ale o ludzkie doświadczenie nazywa autor rzeczy po imieniu. Poprzez pokrętne wywody człowiek wprawdzie potrafi zamazać prawdę, ale z całą pewnością nie jest w stanie jej odmienić. Ona w każdej chwili może wychynąć spod fałszywych słów i porazić z jeszcze większą mocą. W zakończeniu tego utworu poeta raz jeszcze odrzuca nadzieje pokładane w rozumie, w pełni zdając się na wolę Boga:

A ja zatym łzy niech leję,

Bom stracił wszytkę nadzieję,

By mię rozum miał ratować;

Bóg sam mocen to hamować.

Po tym wyznaniu następuje "Tren XVIII", jedno z najwybitniejszych dzieł nie tylko Jana Kochanowskiego, ale całej naszej liryki religijnej. Rozpatrywany w kontekście przywoływanej tu pieśni "Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary?" (a jest to zestawienie w pełni uzasadnione!), pokazuje ogrom drogi, jaką przebył człowiek i poeta. Gdy wcześniej, także sięgając po liczbę mnogą, rozmawiał autor ze Stwórcą - by tak powiedzieć - z podniesionym czołem i patrząc w niebo szeroko otwartymi oczami, tutaj wyznaje ze ściśniętym gardłem, niemal szepcząc, ale z wiarą, że każde słowo dojdzie Pana, który pochyla się nad nieszczęściem stworzenia:

My, nieposłuszne, Panie, dzieci Twoje,

W szczęśliwe czasy swoje

Rzadko Cię wspominamy,

Tylko rozkoszy zwykłych używamy.

Nie baczym, że to z Twej łaski nam płynie,

A także prędko minie,

Kiedy po nas wdzięczności

Nie uznasz, Panie, za Twe życzliwości.

Miej nas na wodzy, niech nas nie rozpycha

Doczesna rozkosz licha!

Niech na Cię pomniemy

Przynajmniej w kaźni, gdy w łasce nie chcemy!

Zwraca uwagę nazwanie nas wszystkich "nieposłusznymi dziećmi", wyraźnie odwołujące się do biblijnej przypowieści o synu marnotrawnym, który nie pomyślał choćby przez chwilę, ile ojcu zawdzięcza, a tylko niby wierzyciel zażądał swojej części. Roztrwonił ją następnie używając "zwykłych rozkoszy". Dopiero srodze doświadczony powrócił do domu. Poeta prosi, by Bóg nie pozwolił nam odejść zbyt daleko i zagubić się w świecie. Raczej niech nas karze, przypominając choćby w ten sposób o sobie. Człowiek bowiem nie chce "w łasce" pamiętać o swoim Stwórcy, zapominając, że "sama niełaska jest nam sroga męka".

Zbolałemu, okaleczonemu przez cierpienie poecie pozostaje wszak nadzieja w miłosierdziu Pana. W ostatnich więc strofach zamienia liczbę mnogą swojej wypowiedzi na pełne pokory, osobiste wyznanie:

Ale od wieku Twoja lutość słynie,

A pierwej świat zaginie,

Niż Ty wzgardzisz pokornym,

Chocia był długo przeciw Tobie spornym.

Wielkie przed Tobą są występy moje,

Lecz miłosierdzie Twoje

Przewyższa wszytki złosci.

Użyj dziś, Panie, nade mną litości!

Nietrudno zauważyć, że tren ten jest swoistą summą Jana Kochanowskiego, człowieka i poety, może więc być czytany jako najzupełniej samodzielny utwór, żarliwa modlitwa, po którą zawsze możemy sięgnąć.


powrót